Dzień szósty – Schrocken

Patrząc z daleka na trasę, którą mieliśmy dziś pokonać na szczyt Schrockena stwierdziliśmy, że jest straszna. W rzeczywistości okazała się jeszcze gorsza, ale wszystko po kolei.

Z mieszkania wyjechaliśmy zgodnie z planem o 9:30, więc pod wyciąg dotarliśmy około 10. Dzisiaj już na parkingu można było się domyślić, że wyciąg jest czynny, bo zaparkowanych było znacznie więcej samochodów, a i ruch był większy. Bez ociągania się założyliśmy plecaki i ruszyliśmy do stacji wyciągu. Na górę wjeżdżaliśmy dwoma wyciągami: pierwszy był to wyciąg gondolowy, przy czym w kabinie mieściło się 6 osób, a drugi to kanapa także dla 6 osób. Przejście między wyciągami zajmowało około 5 minut. Wiedząc, że będziemy dziś wędrować po dość dużych wysokościach, rano założyliśmy długie spodnie i polary, lecz o dziwo na samej górze przywitała nas na tyle ciepła aura, że po kilku chwilach marszu musieliśmy się przebierać w coś lżejszego. Jak się później okazało, dzień ten był chyba najcieplejszym ze wszystkich dni naszego pobytu, o czym dość boleśnie przekonaliśmy się na spalonych przez słońce twarzach ;)

Po wyjściu z kolejki naszym oczom ukazał się piękny widok – otoczeni byliśmy górami, których skaliste szczyty gdzieniegdzie przykryte śniegiem lśniły w słońcu, a tuż przed nami mieniło się lazurowe jezioro. Od razu udaliśmy się w jego kierunku. Niestety na miejscu odkryliśmy, że najprawdopodobniej nie było ono dziełem natury, ale człowieka. Usypano w nim przejście z piasku i kamieni, które wiodło między dwoma brzegami. Nie dało się jednak przejść po nim suchą nogą, nad przejściem było jeszcze około 40 cm wody. Jezioro wyglądało naprawdę pięknie, a my znowu zajęliśmy się dokarmianiem ryb i polowaniem na którąś na obiad ;) Zabawa ta nie trwała jednak zbyt długo, gdyż mieliśmy przed sobą około 2 godziny marszu na szczyt. Podejście okazało się wyjątkowo zróżnicowane: na początku szliśmy trasą przygotowaną także dla osób wykonujących nordic walking, więc nie było tam zbyt dużych wzniesień. W taki sposób dotarliśmy do pierwszej wieży widokowej. Rozciągał się z niej dobry widok na odsłonięte szczyty, które porażały swoją dostojnością. Następnie zaczęło się już nieco bardziej stroma górka, którą pokonywaliśmy zakosami. Ścieżka wciąż jednak była żwirowa i równa. Po kilkunastu minutach pięcia się w górę dotarliśmy do swego rodzaju polany częściowo porośniętej kosodrzewiną, gdzie urwała się żwirowa ścieżka, a rozpoczęło trawiaste zejście. Dzięki temu nasze nogi mogły sobie nieco odpocząć przed kolejnym etapem, który z tego miejsca mogliśmy już dość dobrze zobaczyć. To właśnie w tym momencie zaczęła do nas docierać powaga sytuacji, w jakiej mamy się niedługo znaleźć. Nie bez przyczyny w przewodniku trasę tę oznaczono jako trudną. Także wtedy zaczęliśmy się pocieszać, że w rzeczywistości nie jest ta trasa aż tak straszna, jak wydaje się z tego miejsca. Nie było jednak czasu na gdybania, wszystkie nasze przypuszczenia miały być zweryfikowane już w niedalekiej przyszłości.

Trasa z trawiastego zejścia przeszła w kolejne podejście, któremu musieliśmy stawić czoła. Po kilkuset metrach doprowadziło nas ono do Schafkogel (1999 m npm). Stamtąd rozpościerał się już piękny widok na prężący się przed nami szczyt Schrocken (2289 m npm), który mieliśmy dziś zdobyć. Cel ten wydawał się wyjątkowo trudny do osiągnięcia, gdyż od samego dołu wiodła na niego coraz to węższa, skalista grań, a po obu stronach straszyła przepaść. Dla nas, którzy nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich przestrzeni i wysokości, był to widok wywołujący strach, lecz wraz z pokonywanymi metrami bardzo powoli ustępował on podekscytowaniu, by ostatecznie doprowadzić do całkowitego oswojenia się z takimi warunkami. Było jednak kilka momentów, w których nie wiedzieliśmy, gdzie postawić stopę, bo każdy krok wydawał się zbyt ryzykowny, a na pewno nie chcieliśmy ryzykować upadku. Tata Krzysia stwierdził wprawdzie, że nawet jakby ktoś chciał, to by się tutaj nie umiał zabić, ale woleliśmy nie sprawdzać tego na własnej skórze. Na zdjęciach z galerii nie widać rzeczywistej stromizny, ale radzimy uwierzyć nam na słowo lub przekonać się samemu na miejscu :) Po około 40 minutach ekstremalnej wspinaczki dotarliśmy do punktu, gdzie miało być jeszcze bardziej ekstremalnie, bo miało zacząć się przejście zabezpieczone liną. W tym miejscu grań była już na tyle wąska, że było to konieczne. Jakiś czas zastanawialiśmy się, czy iść dalej, czy też uznać to za wystarczający wyczyn i zawrócić. Postanowiliśmy mimo wszystko wejść na górę, czego oczywiście dokonaliśmy, lecz nie mieliśmy ze sobą aparatów i nie mamy na to żadnego potwierdzenia :P

Zejście ze szczytu wydawało się już nieco prostsze, z góry lepiej widoczna była ścieżka. Małgosia zrezygnowała podczas zejścia z kijków, wolała mieć wolne ręce, by w razie czego móc złapać się jakiegoś kamienia i uratować przed upadkiem. Krzysiu pozostał wierny kijkom, a o intensywności ich użytkowania mogą świadczyć wyeksploatowane końcówki. Na szczęście udało nam się na własne sposoby cało i zdrowo dotrzeć na dół, co uznajemy do teraz za nie lada sukces. Po takich przeżyciach zrobiliśmy sobie chwilę przerwy na polanie, zregenerowaliśmy siły i udaliśmy się w stronę wyciągu. Ok 15:30 byliśmy już w drodze na dół.

W Spitalu znów zjedliśmy obiad w restauracji hotelu Naturfreunde, tym razem wszyscy zamówiliśmy wariacje z grilla. Po obiedzie wróciliśmy do domu, gdzie właściciele zaprosili nas na pożegnalnego drinka do piwnica zaaranżowanej na bar. Nieco obawialiśmy się, jak uda nam się porozumieć, bo nasz angielski ostatnimi czasy lekko mówiąc zaśniedział, ale przy odrobinie dobrej woli rozmowa toczyła się bez większych problemów. Pod koniec poczęstowaliśmy gospodarzy Żubrówką, lecz najwidoczniej nie byli przyzwyczajeni do tak mocnych alkoholi, bo wypicie jednego kieliszka przyszło im z wielkim trudem :) Spotkanie to nie trwało zbyt długo, bo już około 21 byliśmy z powrotem w pokojach przygotowując się do jutrzejszej podróży.

Wyjazd planujemy na okolice godziny 10. Po drodze chcielibyśmy jeszcze wstąpić do Melku, gdzie znajduje się piękny klasztor benedyktynów. Jeśli zobaczymy tam coś ciekawego, to oczywiście napiszemy o tym na blogu. A teraz zapraszamy do galerii, by ocenić, czy wystarczająco aktywnie spędziliśmy ostatni dzień naszego pobytu w Górnej Austrii.

About these ads
Ten wpis został opublikowany w kategorii Austria i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Dzień szósty – Schrocken

  1. Don Diego pisze:

    Nie pozostaje mi nic innego jak pozazdrościć. Widoki wspaniałe, aż się chce ruszyć na własną wyprawę, na którą niestety nie pozwala kilka rzeczy (kolano, dzieci, praca…). Gratuluję udanego wypadu. Jestem pełen podziwu, że po każdym dniu macie jeszcze chęci na siedzenie przy kompie i spisywanie tego na bieżąco – ja w podobnych przypadkach myślę raczej o siedzeniu przy piwie ;-)

    • MiK pisze:

      Dziękujemy! Wyjazd faktycznie był wyjątkowo udany, z pewnością przyczyniła się do tego piękna pogoda. Co do spisywania na bieżąco, to nikt nie powiedział, że odbywało się ono całkiem bez alkoholu ;) a dopingująca do takiej pracy po całodziennym wysiłku była perspektywa wspominania wycieczki w długie zimowe wieczory (może nawet przy piwie :)

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s