Dzień szósty – Kapall, Bacher, Leutkircher Hutte

Za nami już ostatni dzień na szlakach wokół St. Anton. Trzeba przyznać, że mimo wczorajszych obaw o pogodę, ta naprawdę nas nie zawiodła. Mimo porannej mżawki i zimnego wiatru około południa się przejaśniło, a nawet powrócił upał. Zacznijmy jednak od początku.

Zgodnie z wczorajszymi ustaleniami, dzisiaj rozpoczynaliśmy dzień wyjątkowo wcześnie: byliśmy umówieni już na 8:15, by po wjeździe kolejką na Kapall wyjść na szlak około 9. Dla Krzysia dzień rozpoczął się jednak jeszcze wcześniej: o 5:20 obudziła go krążąca mucha, dzięki czemu jednak udało mu się uchwycić z naszego balkonu piękne niebo rozświetlone wschodzącym słońcem. Nie miało to dla niego dobrych skutków później w ciągu dnia, bo cały czas narzekał, że przez to jest niewyspany. Wracając jednak do kolejki: już w czasie wjazdu pierwszym wyciągiem zaczęło kropić, także po przejściu na drugi (który zaczynał kursować dopiero od 8:50, więc musieliśmy chwilkę poczekać) towarzyszył nam deszcz. W związku z tym postanowiliśmy przeczekać tą pogodę w restauracji na szczycie i zobaczyć, co będzie dalej. Nie byłoby zbyt rozsądne wchodzić na skalisty szlak w deszczu. Na szczęście deszcz ustąpił dokładnie w czasie, kiedy my wypiliśmy w schronisku poranną kawę, więc po takim wzmocnieniu jeszcze bardziej zmotywowani wyszliśmy na dzisiejszą trasę.

Droga na początku wydawała się bardzo prosta, dlatego żałowaliśmy, że dziś w góry wyszliśmy tylko w trójkę: Małgosia, Krzysiu i jego tata, jednak już po chwili warunki się zmieniły. Pierwszym poważnym sprawdzianem było przejście przez wyrwę skalną, która dodatkowo pokryta była śniegiem. Chwilkę w tym miejscu kombinowaliśmy, ale w końcu każdy przeszedł swoim sposobem: Małgosia zeszła nieco w dół mijając śnieg, lecz potem musiała się wspiąć do góry po bardzo stromej ścianie. Krzysiu badał śnieg, robił w nim schodki, w końcu także sobie z nim poradził. Po jakimś czasie musieliśmy też pokonać dość poważne podejście, które mogło przyspieszyć pracę serca. Kolejnym nieco trudniejszym momentem był fragment trasy, na którym wspomagaliśmy się podczas przejścia rozwieszonymi linami. Po tej wspinaczce dotarliśmy do skrzyżowania z drugim szlakiem wiodącym na Leutkircher Hutte, który aktualnie jest zamknięty ze względu na zbyt duże ilości zalegającego śniegu. On także wychodzi z Kapall, lecz wiedzie powyżej szlaku wybranego przez nas.

Pogoda cały czas się utrzymywała, czyli niebo było zachmurzone, lecz kolejne powiewy mocnego wiatru stopniowo je rozwiewały, a w niektórych miejscach nawet prześwitywał błękit. W tym miejscu zdecydowaliśmy się nieco zejść ze szlaku i wejść na znajdujący się tuż obok szczyt Bacher. Już po około 5 minutach byliśmy na górze. O dziwo był to chyba dopiero drugi zdobyty przez nas szczyt w czasie tych wakacji, przy czym na pewno pierwszy o własnych siłach, dlatego tym większą sprawił on nam radość.

Po zdobyciu Bachera musieliśmy wrócić na szlak, co okazało się nieco bardziej skomplikowane od wejścia na górę. Dalsza droga w stronę Leutkircher Hutte przebiegała już bez problemów. Ze szlaku widzieliśmy piękne, zielone stoki, lecz niestety widoczność była czasowo ograniczana przez przesuwające się chmury. To właśnie przez nie niemal przegapiliśmy schronisko, gdyż gęstniejące chmury skutecznie go zasłaniały. Dopiero po zbliżeniu się dostrzegliśmy jego kontury, które potwierdziły się po ponownym przejściu chmur. Po około 1,5 godziny od wyjścia z Kapall byliśmy u celu.

W schronisku daliśmy sobie chwilę na wyschnięcie przepoconych ubrań i odbudowanie sił. Schronisko było bardzo zadbane i czyste, pewnie po części dlatego, że odwiedzający byli zobowiązani do zdjęcia butów przy wejściu i poruszania się po schronisku w skarpetkach lub kapciach. Po wypiciu herbaty i posileniu się zupą zdecydowaliśmy się ruszyć dalej, by zdążyć przed przewidywanym załamaniem pogody. Na szlak wyszliśmy mocno ubrani, gdyż na poziomie Leutkircher Hutte wiało i było zimno. Już po chwili schodzenia, gdy przez chmury zaczęło przeświecać słońce, zdecydowaliśmy się zrzucić kurtki i skrócić spodnie, by złapać ostanie promienie słoneczne przed naszym wyjazdem.

Do pokonania mieliśmy łącznie około 1000 metrów w dół, więc szykował się dość duży wysiłek dla naszych kolan. Na szczęście po tym tygodniu w górach nasza kondycja wyraźnie wzrosła, a zejście przebiegło bardzo sprawnie. Do centrum St. Anton doszliśmy już po około 1,5 godziny, czyli około 13:30. Do żadnego załamania pogody nie doszło, cały czas towarzyszyło nam słońce, więc niepotrzebnie się tym wczoraj zamartwialiśmy. Trochę żałowaliśmy, że tak szybko pokonaliśmy tą trasę i mamy już za sobą wędrówki na szlakach wokół St. Anton.

Resztę dnia spędziliśmy na powolnych przygotowaniach do podróży, odpoczynku i zakupach. W drogę wyruszamy najpewniej nieco po 9 rano. W miasteczku odbywa się jutro maraton (dziś widzieliśmy kilku trenujących sportowców, ich budowa robiła duże wrażenie), w związku z tym niektóre drogi mają być zamknięte, lecz pewnie uda się mimo wszystko wydostać. Na koniec dziękujemy za wytrwałe czytanie naszych relacji, obiecujemy pisać więcej z kolejnych wypraw.

Opublikowano Austria | Otagowano , , , , , | 3 komentarzy

Dzień piąty – Alpenrosenweg

Dziś w St. Anton ponownie pogoda była dość zmienna, na szczęście deszcze i burze przyszły dopiero po naszym zejściu z gór. Zgodnie z planem pod kolejką Rendlbahn byliśmy o podobnej porze co wczoraj (mniej więcej 9:30), lecz dziś nie musieliśmy się przebijać przez chmury, by poczuć promienie słoneczne na twarzach. Dzisiaj od samego rana towarzyszyło nam słońce, co było bardzo miłą odmianą od ciągłego wpatrywania się w szarobure chmury. Od końcowej stacji kolejki udaliśmy się dziś szlakiem Alpenrosenweg, który miał być zdecydowanie spokojniejszy od wczorajszej trasy nad jezioro Kartellsee i jak nazwa wskazuje, wiódł przez stoki porośnięte różą alpejską. Przy tak pięknej pogodzie można było się spodziewać wyjątkowo zachwycających widoków.

Na początku ścieżka wiodła dosyć szeroką, żwirową drogą. Nie była też bardzo nachylona, więc wchodzenie w górę było dość przyjemne, odpowiednie na rozruszanie zmęczonych od wczoraj mięśni. Po kilku chwilach marszu mogliśmy też wreszcie zobaczyć z bliska to, co obserwujemy z naszego balkonu. Są to rozciągające się na najwyższych szczytach pasma metalowych balustrad, których celem jest ochrona wioski przed lawinami. Są one ustawione rzędami, jedna obok drugiej. Z bliska robią dość duże wrażenie, lecz szczególnie zaskakująca jest skala tego przedsięwzięcia. Z pewnością dużo pracy i środków musiało kosztować zainstalowanie ich na takiej wysokości.

Po chwili wędrówki droga zmieniła się z szerszej i żwirowej, na dość wąską ścieżkę wiodącą między krzaczkami róży alpejskiej, korzeni i kamieni. W takich warunkach trzeba było być uważnym obserwatorem, by przypadkiem nie potknąć się o wystającą przeszkodę. A naprawdę było co oglądać. Ze stoków z tej strony doliny doskonale było też widać szczyty znajdujące się naprzeciwko: szczególne zainteresowanie wzbudzała Valluga, która jest najwyższym szczytem po tej stronie St. Anton (wysokość 2809 m n.p.m.). Na nią też można dojechać kolejka, lecz w tej chwili chyba nie kursuje. Na szczycie znajduje się wieża telekomunikacyjna z charakterystycznym białym balonem. Podczas wędrówki mogliśmy także zobaczyć prawdopodobną jutrzejszą trasę, gdyż wybieramy się znowu kolejką na Kapall, a stamtąd na Leutkircher Hutte. Przy tak dobrej widoczności trudno było powstrzymywać się przed robieniem kolejnych przystanków i obserwowaniem okolicy. Z takiej wysokości widzieliśmy też nasz pensjonat. W tak dobrej atmosferze ani nie obejrzeliśmy się, jak dotarliśmy do jednego ze spływających z góry potoków pokonując jedno z pierwszych, nieco bardziej stromych zejść. Tam zrobiliśmy sobie nieco dłuższą przerwę i rozkoszowaliśmy się widokiem różowych szczytów,

Z tego miejsca rozpoczynało się kolejne podejście. Był to już chyba ostatni odcinek, na którym przez dłuższy czas musieliśmy podchodzić w górę. Powoli zbliżało się południe, więc upał i promienie słoneczne coraz bardziej nam doskwierały. Wędrówkę umilały nam jednak rozmowy z kuzynkami Krzysia, które były szczególnie zainteresowane zwierzętami żyjącymi w gospodarstwie rodzinnym Małgosi. Na trasie także zobaczyliśmy ciekawe zwierzę, gdyż przez pewien czas kołował nad nami orzeł. Od tego momentu droga wiodła już głównie w dół, lecz nie były to bardzo strome zejścia, raczej wszystkie stromizny były niwelowane przez wykonywanie wielu zakrętów i schodzenie w poprzek stoku. Ostatecznie o 12:20 dotarliśmy do schroniska Alpe Rendl, przy którym zaplanowany był dłuższy odpoczynek. Było to na wysokości 1789 m n.p.m., więc do zejścia wciąż pozostawało nam jakieś 500 metrów w dół.

Dalsza trasa wiodła głównie przez las, przez co mogliśmy zaznać nieco chłodu w zacienionych miejscach. Pewnie dzięki temu obyło się bez poważniejszych oparzeń słonecznych. Po drodze minęliśmy też dwa kolejne wodospady, które dodatkowo przynosiły orzeźwienie i chwile rozrywki dla najmłodszych. Razem z dziewczynami bawiliśmy się wrzucając kamienie do wody. Postawiliśmy sobie za cel strącenie dużych kamieni, co nie było zadaniem łatwym. Po kilkunastu próbach w końcu nam się to udało. Na szczęście nie wywołało to żadnych negatywnych skutków dla całej doliny oraz ich mieszkańców.

Stamtąd dojście do St. Anton zajęło nam około pół godziny spacerowym tempem, czyli naszą dzisiejszą trasę zakończyliśmy około 14:45. Na szczęście do końca pogoda utrzymała się wyśmienita, dzięki czemu cały dzień bez pośpiechu mogliśmy delektować się wędrówką. Burze zjawiły się nad miasteczkiem dopiero około 16:30. My wieczorem znów udaliśmy się na basen, choć tym razem wir sprawiał nam już nieco mniej radości. Mimo wszystko trzeba jednak przyznać, że jak na tak mały kompleks, jest wystarczająco miejsc do rozrywki. Dodatkowo po 18 na basenie nie było zbyt wielu ludzi, więc spokojnie można było korzystać ze wszystkich atrakcji.

Jutro już ostatni dzień wędrówek ścieżkami wokół St. Anton. Mamy nadzieję, że mimo prognozy pogoda utrzyma się przynajmniej do godziny 15 i uda się nam spokojnie zejść ze szlaku przed burzą. Dojście do Leutkircher Hutte i bezpieczny powrót byłoby dobrym zakończeniem tego tygodnia wakacji w Alpach.

Opublikowano Austria | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Dzień czwarty – Rendlrest , Kartellsee

Witamy po kolejnym dniu wędrówek. Dzisiejsza trasa znów rozpoczynała się w naszej miejscowości, czyli St. Anton, jednak kolejka, którą wjechaliśmy na górę, znajdowała się prawie na końcu głównej ulicy, wjeżdżała na przeciwną stronę doliny, no i była gondolowa. Na miejscu stawiliśmy się około 9:30. Pogoda nie napawała zbytnim optymizmem, w dolinie chmury niemal dotykały dachów najwyższych hotelów, było dość chłodno (około 15 stopni) i ponuro. Na szczęście wszystko zmieniło się kilkaset metrów wyżej, bo po dość długim przejeździe w chmurach, gdy mieliśmy wrażenie, że wokół nas rozlało się mleko, ujrzeliśmy piękny krajobraz górskich szczytów skąpanych słońcem. Kolejką dotarliśmy na Randlrest, czyli na wysokość 2050m n.p.m.

Na poziomie ponad 2 tysięcy metrów nietrudno o czerwoną opaleniznę, więc przede wszystkim zajęliśmy się kremowaniem. Ogólnie dosyć długo trwało zanim wszyscy się pozbierali i byli gotowi do trasy, ale w końcu taki moment nadszedł i wyruszyliśmy w górę. Już od początku w naszych wędrówkach towarzyszyły nam krowy. Minusem tego towarzystwa był fakt, że cały czas musieliśmy patrzeć pod nogi i sprawdzać, czy nie natkniemy się na jakieś krowie placki. Aby dotrzeć do naszego dzisiejszego celu, czyli jeziora Kartell, musieliśmy pokonać niecałe 250 metrów przewyższenia. Podejście nie było zbyt strome, część ścieżki wiodła żwirową drogą, część łąką. Z najwyższego miejsca, do którego dziś dotarliśmy (wysokość około 2300m n.p.m.), rozciągał się naprawdę piękny widok. Dalsza trasa biegła w dół, właściwie powróciliśmy do poziomu końcowej stacji kolejki. Niektórzy żałowali, że nie było drogi dookoła tego wzniesienia, wtedy droga byłaby krótsza i z pewnością mniej męcząca.

Dzisiaj także zaskakiwała nas różnorodność alpejskiego krajobrazu, szczególnie bogata szata roślinna. Wszystko przepięknie prezentowało się w lipcowym słońcu, a kolory kwiatów zachwycały swoim nasyceniem. Udało nam się także zdemaskować domniemaną azalię górską: jest to roślina nazywana tutaj różą alpejską, ale podobno ma jakieś powiązania z azaliami, jest ich mniejszą wersją. Tutejsze stoki były porośnięte całym połaciami tych krzaczków o różowo-czerwonych kwiatach, jedna z tras nazwana jest nawet Alpenrosenweg. Nieodłącznym elementem dzisiejszego krajobrazu były także liczne potoki i powstające na nich wodospady. Spływały one praktycznie z każdego załomu w wyższych partiach gór, niejednokrotnie musieliśmy je przekraczać. Ich szum połączony ze śpiewem ptaków i muzyką dzwonków zawieszonych na krowich szyjach zdecydowanie działał kojąco i ubarwiał dzisiejszą wspinaczkę.

Nad jednym z takich górskich potoków urządziliśmy sobie odpoczynek, mniej więcej pośrodku odcinka trasy prowadzącego w dół, a zarazem po około trzech godzinach od początku dzisiejszej wycieczki. Już stamtąd całkiem dobrze widzieliśmy cel wędrówki, jednak w rzeczywistości okazało się, że przed nami jeszcze długa droga, wrażenie bliskości było złudne. Okazało się, że potrzeba jeszcze ponad godziny marszu (dość szybkim tempem), aby dotrzeć do jeziora. Po drodze, tuż obok zapory tworzącej jezioro, czekała na nas największa atrakcja dzisiejszego dnia (tak nam się wtedy wydawało…), czyli przejście pod wodospadem. Był to załom na drodze potoku wypływającego z jeziora, który odprowadzał nadmiar wody. Przepływowi wody po dość solidnym zadaszeniu nad drogą towarzyszył bardzo głośny szum, a spadająca woda rozpryskiwała się z taką siłą, że nawet kilkanaście metrów od wodospadu czuć było bardzo orzeźwiającą mżawkę. Oczywiście tuż za zadaszeniem spadała na nas istna ulewa.

Stamtąd już tylko kilkadziesiąt metrów podejścia dzieliło nas od tafli jeziora. Było ono bardzo ładnie położone, a jego turkusowy kolor wyróżniał się na tle dość ciemnych szczytów. Jezioro to ma jednak także inne walory oprócz estetycznych: funkcjonująca dzięki turbinom napędzanym przez jego wody elektrownia zaopatruje w prąd całe miasteczko. Jak się dowiedzieliśmy takie inwestycje, gdy to gminy występują z własnym projektem elektrowni głównie opartych o alternatywne źródła energii, w Austrii są na porządku dziennym. Dzięki bardzo niskiemu ryzyku banki dość chętnie udzielają na ten cel kredytów, a zadowoleni są wszyscy mieszkańcy cieszący się nieco tańszym prądem oraz zasilaniem kasy gminy przez ewentualną sprzedaż prądu innym odbiorcom. Przez to możliwy jest dalszy rozwój oraz dokonywanie inwestycji w turystykę, kulturę czy transport.

Nad jeziorem znów zrobiliśmy sobie krótką przerwę, jednak nie spędzaliśmy tam zbyt wiele czasu, gdyż coraz bliżej było do magicznej godziny 15, od której prognozy pogody znów przewidywały deszcz. Po pewnej części wspólnej mieliśmy do wyboru dwa warianty drogi powrotnej: pierwszy obejmował powrót do wyciągu po pokonaniu około 300-metrowego podejścia, natomiast drugim było zejście bezpośrednio do St. Anton. W obliczu takiego wyboru znaczna część naszej grupy wybrała opcję drugą, gdyż po kilku godzinach marszu perspektywa kolejnej wspinaczki nie wydawała się zbyt zachęcająca. Co więcej kolejka kończyła kursować o 16, a nie byliśmy pewni, czy zdążymy na tą godzinę tam dojść. Ostatecznie tata i brat Krzysia zdecydowali się na podejście do wyciągu, a cała reszta wybrała zejście. Jak się potem okazało, wyszliśmy na tym znacznie gorzej, gdyż nie przewidzieliśmy, że ta trasa będzie taka długa, oraz że nadejdzie tak gwałtowne załamanie pogody.

Na początku jednak wydawało się nam, że nasz wybór jest lepszy, gdyż widzieliśmy z drogi jak strome podejście prowadzi do kolejki. My natomiast pokonywaliśmy raczej łagodne zejście, któremu towarzyszyły piękne widoki kolejnych strumieni, wodospadów, połaci kwiatów i malowniczych stoków. Nie obyło się także bez bardzo bliskiego spotkania z całym stadem krów, które na szczęście na nasz widok jedynie łagodnie muczały. W takiej sielskiej atmosferze wybiła godzina 15, a my czekaliśmy na spodziewane opady. Wprawdzie pogoda nieco się popsuła, a na niebie nadciągały coraz ciemniejsze chmury, ale wciąż nic nie zapowiadało ulewy, a co dopiero burzy. Jednak dokładnie o 15:20 pojawiły się pierwsze krople, które z każdą chwilą przybierały na sile. Dość intensywny deszcz trwał jednak nie dłużej niż kilka minut, a my uznaliśmy, że to chyba wyczerpało limit deszczu na dziś.

Nasza trasa jednak biegła dalej i dalej, kolejne drogowskazy przestały informować o czasie, jaki jeszcze nam pozostał, także niektórym powoli dawało się we znaki zmęczenie pokonanymi już kilometrami. Wtem najpierw dość nieśmiałe, a w końcu coraz głośniejsze pomruki zbudziły naszą czujność. Zza najwyższych szczytów zaczęły się pojawiać niemal czarne chmury, niebo rozbłyskiwały także pierwsze błyskawice. W takiej sytuacji trudno było już mówić o sielankowej wędrówce. Dodatkowym utrudnieniem był brak sprecyzowanej trasy: od kilkudziesięciu minut schodziliśmy trasą na St. Anton wiodącą żwirową drogą, aż tu takie drogowskazy przestały się pojawiać, a ich miejsce zajęły strzałki na Moostalwanderweg – St. Anton, kierujące nas na ścieżkę wiodącą przez las. Z początku ignorowaliśmy je, lecz w obliczu zbliżającej się burzy straciliśmy pewność siebie i już nie wiedzieliśmy, czym się kierować. Z pewnością nie chcieliśmy wpakować się w jakąś długą trasę widokową, zależało nam jedynie na tym, by w miarę szybko dotrzeć do jakichś zabudowań, bo doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, jak porywcze mogą być burze w górach (szczególnie Małgosia, która taką gwałtowną burzę przeżyła i nie wspomina jej zbyt dobrze). Po przestudiowaniu mapy podjęta została decyzja, że schodzimy drogą wiodącą przez las i liczymy na to, że burza nas ominie lub zdążymy zejść przed jej nadejściem. W tym miejscu prowadzący bloga odłączyli się od reszty grupy i postanowili wykorzystać resztę sił na dość szybkie schodzenie połączone ze zbieganiem, by jak najszybciej zejść ze szlaku. Trzeba przyznać, że narzuciliśmy sobie dość porządne tempo, a między korzeniami i kolejnymi stopniami wiodącymi na dół poruszaliśmy się jak rącze sarenki. Minęliśmy też idącą przed nami grupę turystów, którzy, jak się potem okazało, całą burzę przeczekali pod najwyższą w okolicy, rozłożystą sosną. Ostatecznie udało nam się zejść na dół tuż przed ścianą deszczu, a nawałnicę przeczekaliśmy w przedsionku jakiegoś przedsiębiorstwa. Na szczęście dla reszty naszych towarzyszy, którzy z góry schodzili nieco wolniej, burza nie przechodziła bezpośrednio nad nami, nie była też wyjątkowo gwałtowna, a jedyną uciążliwością była bardzo obfita ulewa. Od tego czasu pogoda tylko na chwilkę się poprawiła, lecz potem znów wróciły burze, obfite deszcze i dodatkowo zimny wiatr, które trwają właściwie do teraz.

Po takiej przygodzie, mniej lub bardziej przemoczeni, z wielką radością wróciliśmy do swoich pokoi. Okazało się, że najlepszą decyzję podjęli ci, którzy poszli w stronę wyciągu, gdyż wrócili do hotelu około 1,5 godziny przed nami, a gdy my uciekaliśmy przed deszczem i burzą, oni odpoczywali w łóżku lub korzystali z internetu. Po tak intensywnym dniu nie znaleźliśmy już czasu i ochoty na pójście na basen. Może jutro uda nam się znów tam wybrać, bo zaplanowana droga jest raczej krótsza, a i nie spodziewamy się większych pogodowych niespodzianek na trasie: cały dzień ma być pochmurno i deszczowo, lecz burzy i gwałtownej ulewy chyba nie musimy się obawiać.

Opublikowano Austria | Otagowano , , , , , , | 2 komentarzy

Dzień trzeci – Kapall

Kolejny dzień naszej wycieczki także należy zaliczyć do udanych. Na szczęście sprawdziły się prognozy pogody zapowiadające deszcz dopiero od 15, więc od rana mogliśmy wyjść na alpejskie ścieżki. Z resztą naszej ekipy umówiliśmy się o 8:45 pod ich hotelem. Pogoda sprawiała wrażenie obiecującej, mimo pełzających po szczytach szarych chmur.

Dzisiejsza trasa rozpoczynała się w St. Anton, więc zostawiliśmy samochód pod hotelem i całą grupą ruszyliśmy w stronę wyciągu. Przy okazji przeszliśmy główną ulicą miasteczka, wzdłuż której umiejscowione są liczne restauracje, kawiarnie i sklepy sportowe. Aby wjechać kolejką na górę musieliśmy kupić specjalne karty – aby wyszło taniej wybraliśmy wariant czterodniowy, który kosztował 33 euro. W zamian otrzymaliśmy plastikowe karty z naszym naprędce wykonanym zdjęciem. Z kas poszliśmy prosto do kolejki. Do przejechania mieliśmy ponad kilometr w górę, taki dystans był podzielony na dwa wyciągi. Oba wyciągi były krzesełkowe, pierwszy to czteroosobowe kanapy, a drugi sześcio. Był pewien problem z podziałem na grupy, lecz obyło się bez rękoczynów i sprawnie dojechaliśmy na szczyt Kapall (2333m). Wjeżdżaniu na górę towarzyszyły szczególne emocje, gdyż większość drogi pokonaliśmy w chmurach.

Na szczycie zaskoczyła nas niemiła informacja, że jeden z branych przez nas pod uwagę szlaków jest zamknięty z powodu licznych łat śniegu i lodu. W takiej sytuacji postanowiliśmy nieco rozejrzeć się po okolicy i potem zdecydować co dalej. Otaczająca nas sceneria była przepiękna. W górze skaliste szczyty pogrążone w chmurach, w dolinach i załamaniach zaspy śniegu, a na pozostałym terenie soczyście zielone łąki porośnięte różnokolorowymi kwiatami. Nie mogliśmy się oprzeć pokusie bitwy na śnieżki, co w lipcu jest niewątpliwą atrakcją. Po chwili relaksu postanowiliśmy jednak przejść zamkniętym szlakiem aż do pierwszego śniegu. Na rozgrzewkę pokonaliśmy strome podejście, które na szczęście z bliska okazało się bardzo przyjemne. Zdołaliśmy jeszcze przejść około 200 metrów ścieżką w poprzek stoku, aż napotkaliśmy na zbyt wysoką zaspę śniegu, której już nie mieliśmy jak pokonać. W takich okolicznościach zawróciliśmy i po chwili byliśmy z powrotem przy kolejce. Zjechaliśmy jednak tylko pierwszym wyciągiem, a na stacji pośredniej zrobiliśmy przerwę na relaks w bardzo wygodnych, drewnianych fotelach. Po krótkim posiłku około 12:30 wyszliśmy w drogę powrotną do centrum miasteczka. Ze względu na bardzo wczesną porę wybraliśmy zejście pieszo, czego później zdecydowanie nie żałowaliśmy.

Ścieżka w dół wiodła z dala od wyciągu, odbijała w bok i wiła się raz przez pastwiska, raz przez las, czasem przecinała też żwirową drogę. Wbrew naszym obawom zejście nie było zbyt strome. Co pewien czas przekraczaliśmy spływające z góry strumyki, równie regularnie mijaliśmy ławki, z których mogli korzystać najbardziej zmęczeni. Cały czas oczywiście otaczała nas piękna, alpejska flora. Największym powodzeniem cieszyły się całe połacie porośnięte przez łubin: biały, fioletowy, różowy, w kolorze lila. Napotkaliśmy także na domniemaną górską azalię, tym razem zrobiliśmy jej zdjęcie i postaramy się ustalić jej prawdziwą nazwę. Trzeba jednak przyznać, że trasa na dół nie była wyjątkowo dobrze oznaczona. Chociaż na górze poszliśmy za kierunkowskazem na St. Anton, to potem na drugi taki już nie trafiliśmy i szliśmy według innych kierujących na Adlerweg, Sonnenweg. Oczywiście trafiliśmy na dół, lecz gdyby nam się śpieszyło, to z pewnością mielibyśmy z tym mały problem.

Korzystając z pięknej pogody, która towarzyszyła nam od momentu, gdy chmury ustąpiły, nieśpiesznie schodziliśmy pokonując kolejne zakręty. Za jednym z nich znaleźliśmy pobocze niemal w całości porośnięte przez różową i białą koniczynę. Małgosia uświadomiła sobie, że w dzieciństwie często robiła wianki właśnie z kwiatów koniczyny i mleczy. Gdy podzieliła się tą myślą z kuzynkami Krzysia okazało się, że one nigdy nie robiły wianków. W takiej sytuacji nie pozostawało nic innego jak tylko zabrać się do pracy i zacząć pleść. Takich umiejętności się nie zapomina, więc przy pomocy dziewczyn i Krzysia szybko powstały dwa pięknie wianki.

Ani się nie obejrzeliśmy, jak dotarliśmy do St. Anton po drodze odwiedzając jeszcze małą kapliczkę postawioną obok ruin średniowiecznego zamku. W tym miejscu zrobiliśmy sobie krótką przerwę, gdyż po kilku godzinach marszu wszyscy chcieli już coś zjeść. W ostatni etap wiodący pod hotel wyruszyliśmy kilka minut przed 15. Chwilę później zaczęło kropić, co wywołało nasze komentarze na temat dokładności austriackiej prognozy pogody, zgodnie z którą o 15 miało zacząć padać. Nie przeszliśmy kilku kroków, gdy z nieba dosłownie lunęło, a my jedynie zdążyliśmy się skryć pod dachami przydrożnych domów. Od dziś chyba będziemy wierzyć prognozom bez cienia wątpliwości.

Wieczorem udaliśmy się jeszcze na miejscowy basen, który okazał się centrum spa&wellness. Ciekawy był już sam budynek i jego nowoczesne wykończenie, dominowała prostota, połączenie drewna i metalu. W środku znajdowały się dwa baseny (brodzik i średni), dodatkowo jeden z nich wychodził na zewnątrz (przedłużenie średniego, z bardzo ciepłą wodą), a poza budynkiem znajdował się jeszcze jeden (z najzimniejszą wodą, skierowany dla osób, które chcą po prostu popływać). W drodze na basen nad St. Anton przechodziła burza, więc nieco obawialiśmy się uderzenia piorunu w taflę wody i porażenia wszystkich kąpiących się, ale na szczęście po kilku minutach błyskawice ustały. Największą atrakcją był niewątpliwie wir, który co jakiś czas pojawiał się w basenie w kształcie owalu. Był on bardzo silny, bez żadnego wysiłku dryfowało się ciągle dookoła centralnej wysepki.

Po wieczornej burzy pogoda już się nie poprawiła, chmury zeszły bardzo nisko i jak na razie nic nie zapowiada poprawy. Mamy jednak nadzieję, że mimo wszystko uda nam się zrealizować wszystko, co zaplanowaliśmy, no ale o tym napiszemy już jutro.

Opublikowano Austria | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Dzień drugi – Neuschwanstein, Wieskirche, Oberammergau, Ettal

Kolejny dzień w Austrii minął nam bardzo szybko, chociaż nie wyszliśmy dziś w góry, lecz zwiedzaliśmy różne bliższe i dalsze zabytki. Ze względu na dość duże odległości, jakie musieliśmy dziś pokonać, kierownictwo zarządziło wyjazd już na 8:30. Mimo starań wszystkich uczestników wycieczki ostatecznie wyjechaliśmy chwilę przed 9. Mieliśmy do pokonania około 120 kilometrów, taki dystans dzieli nas od zamku Neuschwanstein. Podróż zajęła nam nieco ponad 1,5 godziny, przy czym znaczną część trasy stanowiły górskie serpentyny.

Na miejscu nawet bez problemu udało nam się znaleźć parking (5 euro za miejsce), lecz potem spotkała nas dość niemiła niespodzianka – kolejka do kasy biletowej o tej porze stanowiła pokaźny, może nawet ponad stumetrowy zawijas. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak pokornie stanąć na jego końcu i czekać. W końcu do stania w kolejce wydelegowaliśmy dwóch ojców rodziny, dzięki czemu reszta towarzystwa mogła znaleźć sobie jakieś sposoby na umilenie czasu oczekiwania. Na początku obserwowaliśmy kolumnę sportowych samochodów, głównie mustangów, które akurat stamtąd wyruszały, potem na dość długo naszą uwagę zajęła gra 2 Player Reactor, pojawił się nawet pomysł naciągania innych turystów do gry na pieniądze. Potem obejrzeliśmy najbliższą okolicę, w tym ubikacje. Po 1,5 godziny czekania (około 12:00) kupiliśmy upragnione bilety (12 euro dorośli, 11 euro studenci, dzieci do 18 roku życia wchodziły za darmo), ale niestety wejście na zamek mieliśmy wyznaczone dopiero na 13:50. Najpierw udaliśmy się nad pobliskie jezioro, nad którym pasła się rodzina łabędzi (są one symbolem tego zamku, widnieją także w herbie tamtejszych władców), stamtąd podziwialiśmy także starszy z dwóch zamków, czyli Hohenschwangau, potem poszliśmy do kawiarni na małe co nieco, by w końcu ruszyć w stronę nowszego zamku, głównego celu naszej wycieczki.

Aby do niego dotrzeć musieliśmy pokonać prawie 500 metrów w górę, co zajęło nam około 40 minut. Jako że dysponowaliśmy jeszcze zapasem czasu, to ruszyliśmy w stronę Marienbrucke – mostu, z którego miał rozciągać się najlepszy widok na zamek i okolicę. Oczywiście znów wiązało się to z koniecznością wspinaczki, tym razem przewidywany czas wynosił około 15 minut. Na szczęście wysiłek się opłacił, gdyż widoki rozciągające się z mostu były niesamowite. Szczególne wrażenie robiła przepaść, nad którą most się rozciągał, płynący w dole potok i tworzące się na nim wodospady, no i oczywiście sam zamek. Niestety zewnętrzna elewacja jest teraz w remoncie, więc część zamku jest zakryta przez rusztowania. Mimo wszystko warto było tam wejść.

Na dziedziniec zamku wróciliśmy tuż przed rozpoczęciem się naszej tury. Z samego zamku nie mamy żadnych zdjęć gdyż korzystanie z aparatu było zabronione. Generalnie zgadzamy się z opinią przewodników, że zamek większe wrażenie robi z zewnątrz niż w środku. Wnętrza tworzone są w różnych stylach architektonicznych, nie są spójne, na nas nie zrobiły dużego wrażenia. Budowniczy zamku, Ludwik II, był zafascynowany średniowieczem czego efektem był zamek stylizowany na te czasy budowane w drugiej połowie XIX wieku. Szczytem ekstrawagancji jest sztuczna grota, do której można przejść prosto z gabinetu króla. Zwiedzanie zajęło nieco ponad godzinę, więc około 16 byliśmy z powrotem na parkingu. Warto dodać, że łącznie pokonaliśmy tam niemal 10 kilometrów, w tym znaczną część pod górę!

Naszym kolejnym celem był kościół Wieskirche. Jest to zabytek wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, do czego raczej nie przystają wznoszące się wkoło typowo wiejskie zapachy. Budynek wznosi się właściwie pośrodku pól otoczony jedynie przez kilka gospodarstw. Powstanie w tym miejscu tłumaczy historia rzeźby Jezusa, która należała do jednej z gospodyń. Pewnego dnia postać Jezusa zaczęła płakać, o czym szybko dowiedzieli się okoliczni mieszkańcy i zaczęli pielgrzymować do cudownej figury. W efekcie w tym miejscu wybudowano kościół korzystając jedynie z nakładów i pomocy lokalnych rzemieślników. Kościół w środku jest pełny przepychu, szczególne wrażenie robią malowidła na sklepieniu.

Stamtąd ruszyliśmy w stronę Oberammergau – miasteczka słynącego z inscenizacji męki Chrystusa oraz wysokiej jakości rzemiosła. Szczególną popularnością cieszą się tamtejsze ozdoby na choinkę i inne figurki wykonane z drewna i szkła. Nie mogliśmy sobie darować krótkiej rundki po sklepach by podziwiać kunszt oferowanych bibelotów. Jednak równie duże wrażenie robiły ich ceny. Rekord pobił niemal metrowy drewniany mikołaj będący zarazem dziadkiem do orzechów, który kosztował 2250 euro. Miejscowości tej nie można jednak odmówić uroku, chętnie pozostalibyśmy tam dłużej, gdyby nie goniący nas czas.

W drodze powrotnej do St. Anton wstąpiliśmy jeszcze do benedyktyńskiego klasztoru Ettal, założonego w 1330 roku, do dziś prowadzącego jedną z lepszych szkół z internatem dla chłopców. W klasztornym kościele akurat trafiliśmy na nabożeństwo, więc nie pozostaliśmy tam długo. Po drodze minęliśmy także malowniczo położone jezioro Plansee. Było ono otoczone przez wysokie, skaliste szczyty, a jadąc wiodącą obok niego drogą miało się wrażenie, że w każdej chwili można do niego wjechać. Mniej więcej na wysokości tego jeziora zaczęło padać, a deszcz towarzyszył nam niemal do samego końca podróży, czyli przez dwie godziny. Do St. Anton wróciliśmy około 20:15, a na miejscu przywitało nas już słońce.

Nie jesteśmy jeszcze pewni, jaka pogoda będzie jutro, więc trudno powiedzieć, czy uda nam się wyjść na szlak. Mamy jednak nadzieję, że wszystko ułoży się po naszej myśli i będziemy mogli ruszyć w góry. Zapraszamy do obejrzenia galerii i komentowania!

Opublikowano Austria | Otagowano , , , , , , , , , , | 3 komentarzy

Dzień pierwszy – St. Anton i Fritzhütte

Po długiej przerwie witamy ponownie z Austrii. Dotarliśmy tutaj wczoraj po dziesięciogodzinnej podróży samochodem. Tym razem naszą bazą wypadową jest St. Anton am Arlberg. Miejscowość jest naprawdę śliczna, znajduje się w dolinie nad wartkim potokiem, wszystkie domy są zadbane, ukwiecone, a dookoła mnóstwo zieleni. Nasza pięcioosobowa grupa jest rozlokowana w pensjonacie i hotelu. Obie lokalizacje warte polecenia. Dodatkowo możemy się cieszyć towarzystwem rodziny z Niemiec, więc po górach wędrujemy w dziewiątkę.

Wczoraj po przyjeździe około 17:30 nie mieliśmy już siły i ochoty, by ruszać w góry, zajęliśmy się rozpakowaniem i planowaniem kolejnych dni. Z kolei dzisiaj mogliśmy się już cieszyć pięknym, alpejskim latem na jednej z okolicznych tras. Dzień rozpoczęliśmy dość wcześnie, bo około ósmej. Mieliśmy wypełnić dokumenty meldunkowe i na dziesiątą pojechać do kościoła. Niestety nasi gospodarze nie byli dziś dostępni, za to z kościołem poszło nam o wiele lepiej. Ponieważ kościół w naszej wiosce jest zamknięty, udaliśmy się do Pettneu. Kościół był bardzo mały, ale zadbany. Wiernych też nie było zbyt dużo, w dodatku po akcencie księdza doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie on też był Polakiem.

Po mszy ruszyliśmy do Schnann, kolejnej wioski w dolinie, z której mieliśmy wyjść na szlak. Na początku szliśmy wąwozem, którym płynął potok (prawdopodobnie z lodowca). Trasa była podobna do tej z zeszłego roku (Dr. Vogelgesang-Klamm): drabinki, pomosty i balkony zabezpieczone poręczami. Po około 40 minutach marszu odbiliśmy jednak w bok, gdzie ścieżka wiodła już najpierw po żwirze, potem przez las stromo do góry. Jak na pierwszy dzień w górach, trasa okazała się wyjątkowo wymagająca. Były momenty, kiedy brakowało tchu i ochoty do stawiania kolejnych kroków. Dodatkowy gorąc i uciążliwe muchy i żuki utrudniały wspinaczkę. Po drodze widzieliśmy jednak kilka ciekawych miejsc. Przede wszystkim nasze zainteresowanie wzbudziła ogromna łata lodu pod którą przepływał wspomniany potok tworząc piękny mostek. Zachwyt wzbudzały także różne kwiaty, które rosły tuż przy szlaku. Wydaje nam się, że natknęliśmy się także na jakąś górską odmianę azalii.

Na szczęście udało nam się pokonać całe 500 metrów przewyższenia i dotarliśmy na Fritzhütte (1800m n.p.m.). Czekało tam na nas schronisko, które jednak było prywatne i musieliśmy coś zamówić, wybór padł na zimne piwo, które zapewniło chwilę orzeźwienia po wędrówce w upale. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną. Była to inna trasa, mieliśmy nadzieję na mniej strome zejście. Nasze nadzieje były jednak złudne o czym przekonały się nasze kolana (a szczególnie Krzysia). Zejście trwało około godzinę. Z nieukrywaną radością powitaliśmy widok znajomego już potoku, gdyż kilka metrów dalej stał zaparkowany nasz samochód.

Wspólnie uznaliśmy, że na dziś wystarczy wysiłku, a resztę dnia poświęcimy odpoczywanie i regenerację przed kolejnymi, bardziej wymagającymi szlakami, no i oczywiście ostatni już mecz na Euro 2012. Jutro najpewniej będziemy zwiedzać zamek Neuschwanstein i inne okoliczne zabytki, bo dziś w nocy może dojść do załamania pogody. Już wieczorem chmury pokonały zaporę z gór i wtoczyły się nad St. Anton skutecznie zasłaniając szczyty.

Opublikowano Austria | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Dzień siódmy: Melk

Zgodnie z zapowiedzią dzisiaj już ostatni wpis z relacją z Melku. Na szczęście rano sprawnie się spakowaliśmy, bagażnik udało nam się domknąć i po szybkim pożegnaniu z gospodarzami o 9:20 wyruszyliśmy w drogę. Do Melku dotarliśmy po niecałych dwóch godzinach. Na parkingu zaparkowanych było dość dużo samochodów i kilkanaście autobusów, co miało odzwierciedlenie w tłumie zwiedzających. Odnosiło się wrażenie, że cały teren klasztoru jest nastawiony na obsługę turystów, a nastrój kontemplacji i modlitwy już dawno stamtąd wyparował.

Sam klasztor bardziej przypominał pałac, jego przepych wydawał się nieco nie na miejscu. Na dziedzińcach znajdowały się fontanny, na sufitach bogate freski, a na ścianach marmury. Po wizycie w ubikacji skierowaliśmy się do kas. Tam czekała nas niemiła niespodzianka: nie było żadnych darmowych materiałów, a płatne przewodniki były dostępne w niemal wszystkich językach, od japońskiego, przez rosyjski po czeski, lecz nie było polskiego. Bilet dla studentów kosztował 5€, bilet bez zniżki to wydatek 9,5€. Zwiedzanie rozpoczęło się od sal wystawowych, gdzie prezentowano co ciekawsze skarby, które zgromadzono w klasztorze na przestrzeni wieków. W gablotach, szczególnie w pierwszej sali, znajdowały się różne przedmioty, które nie miały wartości historycznej, lecz były symbolami odnoszącymi się do reguły klasztoru. Niestety nie potrafiliśmy odszyfrować ich znaczenia, więc przeszliśmy dalej. Dalej mogliśmy podziwiać zabytkowe, złote kielichy wysadzane kamieniami, pozostałe naczynia mszalne, stare krzyże, haftowane jedwabne szaty liturgiczne i wiele innych. Ciekawym eksponatem był dawny model trumny, którą stosowano w czasach, gdy drewno było drogie i szkoda było go zmarnować w pod ziemią. Model ten był wyposażony w mechanizm, który za pomocą dźwigni otwierał dno już po złożeniu trumny w grobie, tak iż ciało zostawało, a trumnę można było wyjąć i użyć jeszcze wiele razy. Dość interesująca była także skrzynia, w której przechowywano skarby. Miała ona niezwykle skomplikowany zamek, który do dziś może służyć za wzór.

Kolejnym etapem zwiedzania była biblioteka. Przechodziło się do niej przez taras widokowy, z którego można było podziwiać miasteczko. W bibliotece zgromadzono mnóstwo książek, w tym wiele zabytkowych manuskryptów. Ciekawe było to, dlaczego półki pełne książek nie były w żaden sposób zabezpieczone przed kurzem. Wśród tytułów dopatrzyliśmy się wspomnień Napoleona, wielu komentarzy do kolejnych ksiąg Pisma Świętego, licznych wydań encyklopedii i tezaurusów. Uwagę w bibliotece przyciągał także bogato zdobiony sufit, którego zdjęcie znajduje się w galerii. Z biblioteki przeszliśmy schodami w dół do kościoła. Każdego dnia o godzinie 12 odprawiane jest tam 15-minutowe nabożeństwo, podczas którego spacerowanie po kościele jest zabronione. Nie można także robić zdjęć. My zdążyliśmy akurat na początek nabożeństwa. Dużym ułatwieniem dla turystów były rozłożone na ławkach programy, w których rozpisano zdanie po zdaniu cały przebieg nabożeństwa. Dzięki temu wszyscy, którzy potrafili przeczytać kilka słów po niemiecku, mogli uczestniczyć w modlitwach. Po dokładnie 15 minutach nabożeństwo się skończyło, a cały tłum zwiedzających ruszył po kościele. Największe wrażenie robił złoty, bardzo bogato zdobiony ołtarz oraz wykonane w podobnym stylu organy.

Z kościoła udaliśmy się do ogrodów. Obserwując plan wydawało się nam, że będą znacznie większe. Należy jednak przyznać, że były bardzo dobrze utrzymane, wszystkie krzewy przycięte, a trawa równo skoszona. Najpiękniejszym miejscem w ogrodzie była jednak rabata z ziołami i kwietnik. Kwiaty były tam posadzone w małych grupkach dopasowanych kolorystycznie, a wszystko mieściło się na skąpanym w słońcu tarasie. To właśnie tam kończyło się nasze zwiedzanie, więc nie pozostało nam nic innego, jak wrócić do samochodu i kontynuować podróż powrotną do Polski. Z Melku wyjechaliśmy po krótkim posiłku około 13:30, a w Jastrzębiu byliśmy nieco przed 18.

W taki sposób zakończył się nasz ostatni wyjazd tych wakacji, z którego jesteśmy niewątpliwie bardzo zadowoleni. Austria oczarowała nas swoją przyrodą i życzliwością mieszkańców, którzy wszystkich witają pozdrowieniem „Grüß Gott” i chętnie służą pomocą. W miarę możliwości chętnie tam wrócimy, gdyż w ciągu tych kilku dni zobaczyliśmy zaledwie niewielki ułamek z tego, co Austria może zaoferować turystom. Jeśli tylko uda nam się wyrwać w jakieś ciekawe miejsce, z pewnością o tym napiszemy. Dziękujemy czytelnikom za wytrwałość i zapraszamy ponownie za jakiś czas!

Opublikowano Austria | Otagowano , | Dodaj komentarz